
Gospodarka/Polityka 20.09.2011
Kisio: Nie donosiłem!
Z Markiem Kisio, stargardzkim radnym, sekretarzem miasta, prezesem Spójni, rozmawia Tomasz Duklanowski.
- Czy był Pan tajnym współpracownikiem peerelowskiej Służby Bezpieczeństwa?
- Chciałbym zdecydowanie i jednoznacznie oświadczyć: na nikogo nie donosiłem i nikt z mojego powodu nie miał najmniejszych problemów.
- Innego zdania jest Instytut Pamięci Narodowej...
- Tak i żeby całą sprawę wyjaśnić, muszę zacząć od początku. W roku 1982 ukończyłem studia na Wydziale Budowy Maszyn Politechniki Szczecińskiej, uzyskując tytuł magistra inżyniera. Po studiach otrzymałem propozycję pracy w jednej ze szczecińskich firm prywatnych jako konstruktor. Dzięki swojej pracy, dosyć szybko awansowałem na stanowisko głównego konstruktora. W roku 1986 otrzymaliśmy ze Szwecji zlecenie podjęcia próby zrobienia prototypu parabolicznej anteny satelitarnej. W ówczesnym czasie była to zupełna nowość nieznana w Europie, a Amerykanie swoje tajemnice technologiczne trzymali w wielkiej tajemnicy. Po ciężkiej i skomplikowanej pracy inżynierskiej udało się nam doprowadzić do wyprodukowania prototypu. Pamiętam, jakby to było dzisiaj, jak do Szczecina przyjechali przedstawiciele dużej szwedzkiej firmy z własną elektroniką do TV satelitarnej. Wspólnie z naszą konstrukcją mechaniczną anteny, rozpoczęliśmy mozolne i cierpliwe szukanie sygnału telewizyjnego. Udało się. Pierwszym sygnałem, który odebraliśmy, była nieistniejąca już stacja Music Box. Wszyscy byliśmy szczęśliwi, a ja wręcz dumny, że udało nam się stworzyć - jako jednym z pierwszych w Europie - nowość o wysokiej i skomplikowanej technologii. Później przystąpiliśmy do uruchomienia produkcji seryjnej anten satelitarnych, a ja korzystałem z doświadczeń szwedzkiej firmy i byłem tam zapraszany.
- Ale co to ma wszystko wspólnego z SB?
- Zupełnie nie zdawałem sobie sprawy, że w tym czasie "przyczepiły" mi się do pleców "kleszcze".
- "Kleszcze"? Rozumiem, że ma Pan na myśli funkcjonariuszy SB. Pytam, bo czytają nas ludzie młodzi, którym słowo "kleszcze" kojarzy się co najwyżej z boreliozą.
- Oczywiście nie chodzi mi o te od boreliozy, ale o agentów tajnych służb PRL. Byli ze mną na co dzień w Szczecinie, jak również wędrowali ze mną do Szwecji.
- To wiedział Pan o tym i gdyby Pan ujawnił te fakty, dzisiaj nie byłoby tej rozmowy, a co ważniejsze nie miałby Pan sprawy o kłamstwo lustracyjne.
- Niestety w styczniu tego roku okazało się, że "borelioza" związana z tymi "kleszczami" ujawniła się w IPN-ie. Muszę przyznać, że jest to choroba, której nigdy się nie spodziewałem. Zupełnie nie byłem świadomy, że istnieje. Bez wątpienia muszę przyznać, że obecnie jest ona dla mnie bardzo bolesna i niesprawiedliwa, wręcz krwawi. Jestem oskarżony o współpracę w okresie od kwietnia do października 1987 roku (z czego jeszcze półtora miesiąca przebywałem w Szwecji) z kontrwywiadem, choć nigdy z nim nie miałem kontaktu. Wręcz przeciwnie, zawsze byłem lojalny wobec swojego zakładu pracy, szefa i kolegów, na co w dokumentach jest wiele przykładów. Efektem takiej mojej postawy była szybka decyzja służb specjalnych (na co są dowody w istniejących dokumentach) o mojej nieprzydatności operacyjnej i zakończeniu rzekomej współpracy.
- Problem jednak jest, ponieważ sąd - zgodnie z ustawą lustracyjną - nie ocenia, kto w jaki sposób postępował, a jedynie ma stwierdzić, czy współpracował z SB oraz czy współpracował świadomie lub nieświadomie.
- Demokracji wszyscy się uczymy. Według mnie, w ustawie wrzucono do jednego koszyka ludzi, którzy rzeczywiście byli konfidentami i donosili na swoich kolegów robiąc im wielką krzywdę, oraz ludzi, którzy pracowali uczciwie, byli lojalni wobec szefów, znajomych, koleżanek i kolegów, ale - ze względu na charakter swojej pracy i kontaktów - byli inwigilowani.
- Jak zareagowało Pana środowisko na wiadomość o sprawie lustracyjnej? Czy są osoby, które przestały Panu podawać rękę?
- Nie, do takich sytuacji nie doszło. Chciałbym serdecznie podziękować wszystkim moim przyjaciołom, koleżankom i kolegom, moim przełożonym i rodzinie za zrozumienie sytuacji oraz dodanie mi otuchy i optymizmu. Dziękuję Wam.
T.D.
Opinie czytelników




20-09-2011
Ja jak długo żyje ,to jeszcze nie spotkałem żadnego komunisty(podkreślam żadnego),który by miał odwagę się przyznać do agentury ! I w tym przypadku nic się nie dowiemy !!! Komuniści już wydali na siebie wyrok, poprzez masową zmowę milczenia i mataczenia !!! Dlatego nie wymagajmy od nich czegokolwiek, tym bardziej przyznania się do swoich grzechów. Oni już ponieśli tego konsekwencje, ponieważ jest to pokolenie ,którego tak naprawdę fizycznie w naszym życiu nie ma poza upiorami ! agent KGB