
Sport 24.10.2011
Zrezygnował ze startów dla mamy
Sportom walki jest oddany od ponad dziesięciu lat. Szlifował formę pod okiem Piotra Bagińskiego, dziś sam jest trenerem wielu utalentowanych zawodników. Pod koniec sierpnia Tomasz Stasiak, wspólnie z Grzegorzem Klocem i Łukaszem Bagińskim, otrzymał nominację na czarny pas BJJ. Jak mówi "Dziennikowi Stargardzkiemu", jest to dla niego wielkie wyróżnienie. Marzy, by jego przygoda ze sportem trwała jak najdłużej.
- Jesteś świeżo upieczonym czarnym pasem. Z pewnością moment nominacji to jedna z ważniejszych chwil w twoim życiu.
- Nie licząc matury, to chyba najważniejsza. Był to dla mnie kulminacyjny moment mojej przygody ze sportem. Ukoronowanie 11-letniej pracy i wysiłku, który włożyłem w ten klub. Naprawdę super przeżycie.
- Krótko po tym, jak otrzymałeś pas, pojechałeś na miesiąc do Tajlandii. Wiem, że na brak pracy narzekać tam nie mogłeś...
- Nie, nie, absolutnie. Tam od rana do wieczora są treningi, nic innego się tam nie robi. Jeden trening trwa 2,5 godziny, a jako że trenuje się trzy razy dziennie, to wychodzi to prawie 8 godzin każdego dnia. Tak więc pracy było pod dostatkiem.
- Od wielu lat prowadzisz zajęcia jako szkoleniowiec. Co sprawiło, że zdecydowałeś się zakończyć karierę zawodniczą?
- Zdecydowały o tym problemy zdrowotne mojej mamy. Jeżeli miałbym się rozwijać jako zawodnik, to muszę patrzeć na jej trudy i cierpienia. Strasznie przeżywała to, gdy miałem w planach jakąś walkę. Potrafiła cztery dni przed nią nie spać. Pomyślałem, że skoro ona ma się tak niepokoić, to ja nie chcę walczyć.
- Czy pozostali najbliżsi też niechętnie podchodzą do tego, czym się zajmujesz?
- Nie, z tym raczej problemu nie ma. Raczej akceptują to, co robię i liczą się z moim zdaniem. Myślę, że może jeszcze powalczę w jakichś zawodach.
- Czy jest sukces lub wydarzenie - oprócz oczywiście nominacji na czarny pas - które było dla ciebie wyjątkowo szczególne?
- Takich chwil w mojej karierze było dużo. Ale prawdę mówiąc, najwięcej frajdy sprawia mi podziwianie chłopaków, którzy ze mną trenują. Oni jeżdżą na wszystkie zawody i każdy medal, który zdobędą, daje mi dużo satysfakcji.
- Która formuła jest ci bliższa? MMA czy brazylijskie jiu-jitsu?
- Ta druga, jest bardziej wymagająca myślenia. W MMA dużo bazuje się na jakichś odruchach i szybkości reakcji, a w brazylijskim jiu-jitsu można wszystko dokładnie zaplanować, jest więcej czasu na myślenie. BJJ przypomina grę umysłów.
- Skąd w ogóle pseudonim "Pająk"?
- Tak swego czasu nazwał mnie mój trener. A wszystko przez moją gibkość i rozciągnięcie. Mówił, że sprawiam wrażenie, jak bym miał cztery ręce i cztery nogi. Osiem kończyn jak pająk.
- Popularność sportów walki jest coraz większa. Czym - twoim zdaniem - kierują się młodzi ludzie, wybierając tę drogę sportowej aktywności?
- Dobre pytanie. Ale myślę, że w związku z tym, że przyszła na to moda, to wielu ludzi chce być na topie. Trenuje, bo to jest modne. Gdyby na czasie był tenis, to wiele osób wybrałoby właśnie tenis. A co do pozostałych, to myślę, że kluczowa w tej kwestii wydaje się być jakaś chęć rywalizacji, próba sprawdzenia siebie. Jakby nie było, kult ciała zawsze miał niemałe znaczenie. Kiedyś była siłownia, karate, judo, zapasy, teraz przyszła moda i na ten sport. Mam nadzieję, że pozostanie ona jak najdłużej.
- A ile osób trenuje w stargardzkiej filii Berserkers Team?
- Gdyby tak wszystkich zsumować, to myślę, że około 60-70 osób.
- Jedną z tych osób jest Irena Preiss, która - jak sama podkreśla - miłość do tego sportu odziedziczyła po tobie. Irena została wybrana numerem 1 w plebiscycie na najpopularniejszego sportowca Stargardu w 2010 roku. Wierzysz, że jeszcze pokaże swoje walory na światowych arenach?
- Myślę, że tak, i to nie raz. Irena od początku była bardzo ambitna, waleczna, ma po prostu smykałkę do tego sportu. Świat z pewnością jeszcze nie raz o niej usłyszy.
- Czy zainteresowanie sportami walki wśród kobiet rośnie?
- Powiem tak: jest zmienne. Jak ja zaczynałem trenować, było więcej dziewczyn. Później dziewczyn nie było w ogóle, teraz pojawiają się jednostki. Ciężko określić, czym to jest uwarunkowane u kobiet. Są, trenują, ale żeby to była jakaś większa rzesza, to raczej nie.
- W Stargardzie są także konkurencyjne kluby. Czy to nie za dużo jak na nasze miasto? Nie myśleliście o połączeniu sił?
- Konkurencja i rywalizacja jest zawsze dobrym bodźcem. W zasadzie jest tylko jeden klub, który zajmuje się tym, co my. Kiedyś co prawda trenowaliśmy razem, ale nasze drogi się rozeszły. Pozostałe kluby w żaden sposób nie rywalizują z nami - oni jeżdżą na swoje zawody, my na swoje.
- Czy planowana jest w naszym mieście organizacja jakiejś większej imprezy? Gala MMA, który była szumnie zapowiadana, została odwołana.
- Fakt - gali, którą planował de facto mój kolega z Pyrzyc, zorganizować się nie udało. Ale teraz moi znajomi z maty organizują 3 grudnia podobną galę. Nie pozostaje mi nic innego jak wszystkich gorąco na nią zaprosić.
- Co robi Tomasz Stasiak w wolnych chwilach? Bo z pewnością sport pochłania ci naprawdę sporo czasu....
- W wolnych chwilach Tomasz Stasiak śpi lub ogląda telewizję, a w weekendy pracuje jako ochroniarz w dyskotece. Na wiele rzeczy niekiedy brakuje czasu, bo treningi rzeczywiście są pochłaniające.
- Jakiś cel, marzenie na przyszłość?
- Chciałbym trenować jak najdłużej i jak najczęściej, o ile oczywiście zdrowie pozwoli. Moim marzeniem jest więc to, by się nie "rozsypać". A jeśli chodzi o osobiste marzenia, chciałbym, by moi bliscy byli zdrowi. Jak będzie zdrowie, to będzie cala reszta.
- Tego też tobie i twoim bliskim życzę...
- Korzystając z okazji, chciałbym jeszcze podziękować za pomoc Miłoszowi Gryza oraz Renacie i Markowi Andrusieczko, narzeczonej Agacie Bieleckiej - za cierpliwość i wyrozumiałość oraz rodzinie i wszystkim kolegom za to, że zawsze mogę na nich liczyć.
Rozmawiał
Sławomir Stańczyk
Opinie czytelników




04-11-2011
dobrze! 21