
Wydarzenia 18.11.2011
Mieszkańcy Czarnieckiego walczą z burdelem
W centrum Stargardu były policjant zarządza mieszkaniem, w którym znajduje się agencja świadcząca usługi seksualne. Sąsiedzi skarżą się na awantury i agresywne zachowanie. Mieszkańcy są zdesperowani. Aby pozbyć się prostytucji, chcą poruszyć niebo i ziemię. - Informujemy policję, ale jest to mało skuteczne. Dlatego zainstalujemy kamerę na klatce i wynajmiemy firmę ochroniarską.
"Madzia" jest prostytutką. Informacje o tym, jakie świadczy usługi, zamieszcza w internecie. Za 15 minut spędzone z nią trzeba zapłacić 100 zł, za pół godziny 150 zł, a za całą godzinę już 200. Istnieje także możliwość spędzenia całej nocy za 2000 zł. Klient ma też podstawowe informacje na jej temat: 21 lat, 165 cm wzrostu, waga 60 kg. Znajomość języków obcych: angielski. Są także godziny obsługiwania klientów, adres e-mailowy i telefon komórkowy. Nie ma tylko dokładnego adresu - jedynie informacja, że dom publiczny znajduje się w centrum Stargardu. Nasz reporter dzwoni do Madzi:
- Chciałem się umówić na dzisiaj.
- Teraz chcesz przyjść? Bo w tej chwili jestem poza domem.
- Nie, wieczorem.
- Wieczorem nie ma problemu.
- W internecie nie ma dokładnego adresu, czy to jest tu, przy Czarnieckiego 3.
- Tak. Jakbyś nie mógł trafić, to zadzwoń, wyjdę po ciebie.
Tak jest codziennie
- Proszę to zobaczyć na schodach i podłodze - wskazuje ręką reporterom "Dziennika" jeden z mieszkańców kamienicy przy Czarnieckiego 3. - To mocz po dzisiejszej nocy. Tak jest codziennie. Klienci tego burdelu zawsze są pijani, hałaśliwi, nieraz dochodzi do awantur.
Mieszkanie znajdujące się przy ulicy Czarnieckiego formalnie należy do matki policjanta Grzegorza R., która przebywa za granicą. Jak udało nam się ustalić, faktycznym zarządzaniem interesu zajmuje się on sam. Podobno od początku wiedział, komu je wynajmuje i na jaki cel. Zapytany kiedyś przez sąsiada, odpowiedział z uśmiechem, że zamieszkają tam dwie dziewczyny.
Zakłócanie spokoju
- Tylko w godzinach porannych panuje względny spokój - mówi jeden z sąsiadów. - Około godziny 22 dziewczyny idą na łów. Mężczyźni, których sprowadzają w nocy, to najczęściej pijani bywalcy dyskotek.
Mieszkańcy bloku przy ulicy Czarnieckiego 3 są wstrząśnięci tym, co rozgrywa się na klatce schodowej. Oddawanie moczu na klatce przez klientów to nie wszystko. Kilka dni temu ktoś wylał na wycieraczkę przed drzwiami mieszkania, w którym jest agencja, dziwną substancję. Zapachu nie można pozbyć się do dziś, choć próby podejmowała specjalna ekipa sprzątająca. Ludzie podejrzewają, że mogła to zrobić konkurencyjna agencja towarzyska.
"Powiedziałem mu wypierd..."
Jedna z lokatorek nie ukrywa, że bywa wiele razy zaczepiana. Opowiedziała nam dramatyczną sytuację. Pewnego wieczoru do jej mieszkania przez domofon zadzwonił mężczyzna podający się za funkcjonariusza policji. Kobieta wpuściła go do klatki i wyszła przed drzwi. Miała nadzieję, że policja przyjechała zainterweniować w sprawie uciążliwych sąsiadów. - Wtedy zobaczyłam pijanego mężczyznę z piwem w ręku. Zaczął biec w moją stronę, jednak zdążyłam zamknąć się w mieszkaniu.
Przez kilka następnych minut próbował dobijać się do drzwi. Kobieta nie mogła dodzwonić się na policję, więc zadzwoniła do sąsiada. Napastnik okazał się bardzo agresywny. - Powiedziałem mu, używając kolokwialnego języka, "wypierd...". Potem wziąłem za fraki i wywaliłem z klatki, że aż się nogami nakrył. Z nimi trzeba stanowczo, nie można się bać. Strach w takich przypadkach jest złym doradcą - twierdzi sąsiad.
To nie pierwszy przypadek, kiedy klienci przychodzący do prostytutek mylą drzwi. Dzwonią domofonem pod różne numery mieszkań - często w nocy i napastują sąsiadów.
Interwencje mieszkańców
W sprawie tych i innych zanieczyszczeń mieszkańcy klatki złożyli skargę do Zarządu i Administracji Nieruchomościami ZAN. Opisują, jak uciążliwe staje się dla nich mieszkanie w sąsiedztwie z prostytutkami. "Codziennie wieczorami oraz w nocy z mieszkania tego dochodzą krzyki, wulgarne i głośne rozmowy, odgłosy trzaskania drzwiami. Zdarzają się również bardziej rażące sposoby zakłócania porządku domowego" - piszą mieszkańcy.
Mają dość tego, że regularnie są budzeni w nocy przez podejrzane towarzystwo. Domagają się również, aby właściciel wypowiedział umowę najmu w trybie natychmiastowym. W tej sprawie, w ubiegły czwartek, zostało zwołane zebranie, na którym mieszkańcy wypowiedzieli swoje zdanie. Na zebraniu tym nie pojawił się ani wynajmujący mieszkanie, ani nikt z lokatorów spod "jedynki". Do zarządu dotarło jednak oświadczenie, w którym matka Grzegorza R. zobowiązuje się rozwiązać umowę najmu z końcem listopada. Mało kto jednak wierzy w to, że lokatorki się wyprowadzą.
- Nie ma dowodów na to, że on faktycznie dostarczył im to wypowiedzenie. Jeśli nawet tak było, to może podpisać kolejną, fikcyjną umowę, tym razem z koleżanką najemczyni. I dalej będzie działo się to samo. Może wykręcać się tym, że ma następnych lokatorów - podejrzewają mieszkańcy.
Mieszkańcy zapowiadają, że będą walczyć z agencją do skutku. - Zainstalujemy kamerę na klatce, a jak będzie trzeba, wynajmiemy firmę detektywistyczną.
Skontaktowaliśmy się z pracownicą Zarządu i Administracji Nieruchomościami ZAN, której podlega mieszkanie przy ul. Czarnieckiego. - Wiemy o istnieniu tej agencji towarzyskiej. Skierowaliśmy to na policję. Nie chcę się w tej sprawie wypowiadać. Proszę dzwonić do pani prezes.
Wczoraj pani prezes Ewa Kiłeczko nie odbierała telefonu od reportera "Dziennika".
Czarna owca w policji
Krzysztof Orzechowski, rzecznik prasowy stargardzkiej policji, w sprawie policjanta Grzegorza R. wypowiada się krótko. - Rzeczywiście taka osoba pracowała u nas, ale od września nie jest już naszym funkcjonariuszem. Został zwolniony ze służby.
Rzecznik policji był zaskoczony informacją o nowej aktywności biznesowej byłego policjanta. Jak udało nam się nieoficjalnie dowiedzieć od innych funkcjonariuszy stargardzkiej policji, Grzegorz R. był czarną owcą. Bez przerwy siedział na zwolnieniu lekarskim. Potrafił przyjść do pracy tylko po to, żeby przynieść zaświadczenie od lekarza. - To taka gadzina - twierdzi jeden z funkcjonariuszy.
Mieszkańcy twierdzą, że wiele razy informowali policję o zakłócaniu spokoju. Często nawet kilka razy w tygodniu. - Ostatnio pod tym adresem interweniowaliśmy trzykrotnie wobec osób zakłócających spokój oraz ciszę nocną. Jedna z tych spraw trafiła już do sądu, dwie pozostałe zakończone zostały pouczeniem. Na takie sygnały czekamy i zawsze będziemy interweniować - zapewnia Orzechowski. - Nie otrzymaliśmy także żadnego pisma w tej sprawie z Zarządu i Administracji Nieruchomościami - dodaje rzecznik.
Jednak, zdaniem mieszkańców, nie przynosi to spodziewanych efektów. - Na widok podjeżdżającego radiowozu całe towarzystwo się ucisza. Prostytutki udają, że nic się nie dzieje, dostają pouczenie i na tym koniec - mówi jeden z sąsiadów. Dodaje też: - Stargard to małe środowisko, wszyscy z policji się znają i nie sądzę, aby zaszkodzili koledze. Nie podejmują żadnych działań, które sprawiłyby, że ten burdel zostanie zamknięty.
Opinie czytelników




20-11-2011
Pewnie chłopisko ma małą emeryturę lub rentę ....więc pomyślał i kasuje za przyjemnosci ....a lokatorzy to albo już nie moga albo zazdroszczą ...PEFNIE nie mają na to kasy albo stara na karku. mg-42