
Gospodarka/Polityka 29.11.2011
„Ja prezydenta nie unikałem”
- Czy podobało się pióro, jakie dostał pan od prezydenta Pajora?
- To pióro dobrej jakości, porządnej firmy. Z ładną dedykacją. Dziękuję prezydentowi, to miły gest.
- Co skłoniło pana do tego, żeby po roku spotkać się z prezydentem, wyciągnąć do niego rękę i podjąć próbę zakończenia sporu?
- Nie uważam, żeby jakikolwiek spór nadal trwał. Ja go przynajmniej nie prowokowałem. A co mnie skłoniło, żeby to przerwać? Normalność. Tak powinna wyglądać współpraca parlamentarzystów z samorządem lokalnym.
- Mówi pan, że nie było sporu, ale nawet na oficjalnych spotkaniach unikaliście się.
- Ja prezydenta nie unikałem. Nie sądzę też, żeby Sławomir Pajor ukrywał się przede mną…
- Jeśli unikał pana prezydent, to miał jakieś powody. Czy nie lepiej było tak po ludzku zadzwonić - w końcu jesteście kolegami - i powiedzieć "przepraszam"?
- Gdybym miał wypowiedzieć słowo, które pan próbuje wymusić, to muszę najpierw wiedzieć, za co miałbym przepraszać.
- To powiem inaczej. We wtorek spotkaliśmy się w Urzędzie Miejskim i zarzucił mi pan, że jeden z moich dziennikarzy w tekście nazwał pana ładny surdut "szlafrokiem". Powiedział mi pan, że to bardzo pana zabolało, więc za to przeprosiłem. Też mógłbym powiedzieć, że nie ma za co przepraszać, ale usłyszał pan ode mnie to słowo. Zawiadomienie na policję, jakie pan złożył, też mogło dotknąć Pajora. Może bardziej niż nazwanie surduta "szlafrokiem". Wiec słowo przepraszam byłoby chyba wskazane?
- Jeszcze raz powtarzam: żeby przepraszać, trzeba wiedzieć za co. Tak jak pan napisał, ja wyciągnąłem swoją dłoń, pan prezydent swoją i uważam, że wszystko jest w porządku.
- Czy umówiliście się już panowie na następne spotkanie?
- W tej chwili czekamy na następne. Termin jeszcze nie został wyznaczony, ale chcielibyśmy razem współpracować. Podczas czteroletniej kadencji wszelkie projekty przygotowywane dla ministra kultury, a związane z inwestycjami, lobbowałem dla Stargardu pozytywnie. I w tej chwili, ponieważ jest nas w Stargardzie troje, możemy to robić razem. Możemy się przy tym dzielić własnymi spostrzeżeniami i obawami z prezydentem.
- Znany jest pan ze swojego czasem ekstrawaganckiego ubioru. Czy ma pan jakiegoś stylistę czy to tak samodzielnie dobiera pan sobie ubrania? Nie wiedziałem w stargardzkich sklepach takich garniturów, jak pan nosi.
- Moja, jak pan ją nazwał, ekstrawagancja jest w Europie standardem - w miejscach, gdzie nie wypada pokazywać się wciąż w tej samej marynarce. Nie chciałbym tworzyć wokół tego jakiegoś mitu. Uważam, że ubieram się normalnie. Kupuję ubrania w zwykłych, często sieciowych sklepach. Jeśli potrzebuję kupić coś ładniejszego, to korzystam z serwisów aukcyjnych w internecie. Można tam nabyć taniej wiele ciekawych rzeczy.
- Ale przyznam się szczerze, że prócz pana, to nie widziałem nikogo w Stargardzie, kto by chodził w surducie. To jednak od standardu odbiega.
- Akurat ten surdut otrzymałem w prezencie od posła Pawła Suskiego. Nie widzę powodu, dla którego miałbym chować prezenty głęboko w szafie.
- To z posłem macie takie zażyłe relacje?
- Jesteśmy zaprzyjaźnieni.
- Ale te ubrania powodują, że to na nich koncentruje swoją uwagę. Zwracały nawet na to uwagę media ogólnopolskie. Mówi się, że chce pan być bardziej celebrytą niż politykiem.
- Media ogólnopolskie, o których pan wspomniał, a więc "Newsweek" i "Gazeta Wyborcza", zwracają uwagę, jak poseł powinien się zachować, wysławiać się, ale także jak się ubiera. Takie ich prawo. Kultura życia politycznego na poziomie parlamentarnym to także schludny ubiór i umiejętność zaprezentowania się w każdym salonie i towarzystwie. Zapewniam pana, że w Warszawie czy Brukseli nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby zainteresować się moją garderobą tak szczegółowo, jak pan to czyni w tej chwili.
- Ale na wsiach popegeerowskich, gdzie Pan czasem zagląda, mieszkają ludzie, którzy mają tylko jeden garnitur, w dodatku kupiony 30 lat temu w sklepie GS. Dla nich taki przykład nie jest najlepszy, ponieważ nie stać ich na taką elegancję, jaką pan prezentuje.
- Nie sądzę, żeby ludzie ze wsi, o których pan wspomina, zapraszali mnie ze względu na krój marynarki. Myślę, że bywam tam zdecydowanie częściej niż zapracowana miejska redakcja. Mogę więc podpowiedzieć, że ludzie z tych miejsc nie różnią się niczym od mieszkańców miast, a sklepów GS już prawie nie ma. Nie chcę rozgraniczać jednego środowiska od drugiego.
- Czym zamierza się pan zajmować w Senacie?
- Już odbyłem kilka rozmów lobbujących. Otrzymałem dokumenty złożone w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Zamierzam, tak jak do tej pory, lobbować w sferze kultury na rzecz pozytywnych projektów. Minister Zdrojewski jest bardzo mi przyjazny. Z członków komisji kultury w Sejmie byłem osobą, która lobbowała na rzecz największej liczby projektów i mogę nieskromnie pochwalić się wieloma ważnymi przedsięwzięciami. Na przykład Akademią Sztuki, która z powodzeniem funkcjonuje w Szczecinie.
- Czy zgadza się pan ze słowami Kazimierza Kutza, że Senat to "gumka do wycierania" w procesie legislacyjnym i "mechaniczna zabawka" Platformy Obywatelskiej?
- Zastanawialiśmy się, czy nie zaprosić szanownego seniora, znanego artystę przed komisję etyki. Nie zawsze jego wypowiedzi są do zaakceptowania. Te słowa były nieprawdziwe i obraźliwe. I to uraziło wszystkich senatorów. Jeśli senator tak źle myśli o Senacie, to po co ubiegał się o mandat?
- Czy krzyż powinien zniknąć z polskiego parlamentu?
- Absolutnie nie. Można dyskutować, czy sposób zawieszenia krzyża był w 100 procentach odpowiedni. Ale to symbol dla nas Polaków i katolików bardzo ważny. To także ważny element w życiu duchowym. I zdecydowanie w parlamencie powinien zostać.
Opinie czytelników




29-11-2011
Jaki pan - taki kram!