
Wydarzenia 13.12.2011
Prezes chce zamknąć usta „Dziennikowi”
Kilka dni temu do redakcji „Dziennika Stargardzkiego” wpłynęło parę kuriozalnych pism z kancelarii adwokackiej wynajętej przez prezes Spółdzielni Mieszkaniowej Anetę K.-S. Prezes postanowiła odpowiedzieć na falę krytyki, jaka spłynęła na nią po szeregu kontrowersyjnych decyzji, o których informowaliśmy na łamach naszej gazety. Prezes wynajmuje do tego suto opłacanych adwokatów. Odbieramy to jako próbę zamknięcia nam ust.
Tomasz Duklanowski
Bartosz Stós
Niemal każdy, kto miał do czynienia z prezes Spółdzielni Mieszkaniowej i pozostałymi członkami zarządu, ma wspomnienia złe lub bardzo złe. Już próba umówienia się i zadania pytania dotyczącego podwyżek czynszów czy niejasnego naliczania opłat za ogrzewanie jest nie lada wyczynem. Prawie miesiąc zajęło nam uzyskanie odpowiedzi na proste pytania. Gdy już z panią prezes się umówiliśmy, ta wyciągnęła mały magnetofon (tzw. ziobrofon) i poinformowała nas, że rozmowę będzie nagrywać. Nigdy tak kuriozalna sytuacja nas nie spotkała, żeby to nasz rozmówca nas nagrywał. Zgodziliśmy się na to, bo zależało nam na uzyskaniu informacji. Ale okazuje się, że prezes traktuje w ten sposób także innych dziennikarzy z mediów ogólnopolskich, tym samym przynosząc wstyd w całym kraju.
Walka z „Dziennikiem” na koszt spółdzielców
W ubiegłym tygodniu otrzymaliśmy listy od prawników wynajętych przez panią prezes. Mecenasi są opłacani przez spółdzielnię, ale występują w sprawie rzekomego naruszenia dóbr osobistych Anety K.-S. Dlatego za ich kosztowną działalność nie płaci pani prezes ze swojej kieszeni, lecz członkowie spółdzielni w formie czynszów.
Ale do rzeczy. Adwokaci ze spółki Kowalewski i Lachowicz wysłali do nas sprostowania i wezwania do usunięcia skutków naruszenia dóbr osobistych. Nie potrafili podać prawdziwych tytułów materiałów prasowych, przez co wypaczali ich znaczenie i sens. Przykładowo, w „Dzienniku” ukazał się tekst pod tytułem „Prezes prześladuje pracowników?”. W sprostowaniu, jakiego domaga się adwokat Przemysław Kowalewski, z tytułu znika znak zapytania. Przy jego usunięciu różnica jest zasadnicza. Bo już dzieci w szkołach podstawowych wiedzą, że stawiając znak zapytania, stawiamy pytanie. Usuwając go, stwierdzamy fakt.
Pełnomocnik pani prezes w wezwaniach chce, abyśmy przeprosili za stwierdzenia, które w naszych tekstach nie padły. Przykładowo adwokat Kowalewski pisze, że podajemy nieprawdziwe sugestie dotyczące stosowania przez prezes Anetę K.-S. praktyk mobbingowych. Problem w tym, że to nie my sugerowaliśmy mobbing. Przytoczyliśmy protokół Państwowej Inspekcji Pracy, która przeprowadziła wśród pracowników spółdzielni anonimowe ankiety. Wynikało z nich, że pracownicy się boją i mogło dojść do mobbingu. A więc my niczego nie sugerujemy, tylko przytaczamy dokumenty. Stawiamy też pytania, a nie stwierdzamy fakty.
W imieniu redakcji wystawiamy zatem zarządowi spółdzielni oraz jej przedstawicielom „pałę” z czytania ze zrozumieniem. Do kąta nie wysyłamy, klęczenie na grochu też nie przyniesie efektów. Rozmowy z włodarzami spółdzielni przypominają bowiem... rzucanie grochem o ścianę.
Bez komentarza
Wiele emocji wzbudziło również wśród dziennikarzy wezwanie do usunięcia skutków naruszenia dóbr osobistych za komentarz pt. „Spółdzielnia - bałagan, za który trzeba płacić”. W tekście pojawiło się odniesienie do japońskiego działacza, który po zapewnieniu, że woda wokół elektrowni Fukushima jest już bezpieczna, wypił szklankę zebranej w tym rejonie cieczy.
Według prawników pani prezes, porównanie władz spółdzielni do japońskich działaczy przekazujących nieprawdziwe informacje narodowi co do klęski żywiołowej narusza jej dobre imię. Autorzy wezwania zarzucają dziennikarzowi, że ten nie zapoznał się z materiałami źródłowymi i - co ciekawe - tym sposobem wykonują przysłowiowy „strzał w stopę”.
Politycy z Kraju Kwitnącej Wiśni, o których mowa w komentarzu, na pewno nie zasługują na porównywanie ich do obecnego zarządu SM. Wypicie szklanki wody było honorowym i - dodajmy - bardzo odważnym gestem, który miał zapewnić skośnookich obywateli o prawdziwości wypowiedzianych przez polityków zapewnień. Przekładając to na polskie warunki, można by pokusić się o następująca interpretację: „politycy z Azji wypili piwo, które sami nawarzyli”. W końcu to oni stoją za budową elektrowni atomowych na niespokojnej ziemi, jaką jest Japonia.
Tym samym, wbrew sugestiom prawników (a może samej pani prezes), to właśnie autorzy dziwacznych żądań nie zapoznali się z materiałami źródłowymi podczas przygotowywania pism. Takich „kwiatków” jest znacznie więcej.
Nie damy się zastraszyć
Choć pisma, dzięki swej absurdalności, raczej bawią niż martwią, to niestety niosą za sobą również pewne groźne przesłanki. Po pierwsze - pani prezes usiłuje wyraźnie zastraszyć dziennikarzy, tłumiąc i eliminując jedną z najważniejszych funkcji prasy - funkcję kontrolną. Po drugie - tam, gdzie próbuje się wykorzystać zapisy prawa w sposób niewłaściwy, sprzeczny z ich przeznaczeniem, dochodzi do bardzo niebezpiecznego zjawiska. Jako dziennikarze mamy obowiązek kontrolować władzę i ujawniać wszelkie objawy złego postępowania. Tak też czynimy.
Krytyka pod adresem SM nie jest wynikiem osobistych uprzedzeń, a wypadkową faktów oraz opinii jej członków, którzy coraz częściej i głośniej wyrażają niezadowolenie z kontrowersyjnych decyzji dyspozytorów ich majątku. Majątku, dodajmy ogromnego, bo należącego do blisko 10 tysięcy lokatorów. W tym kontekście zamach na wolność słowa, gwarantowaną przez konstytucję, jest również próbą zamknięcia ust zwykłym obywatelom.
„Dziennik Stargardzki” pragnie zapewnić, że pomimo prób zastraszania, dalej będzie ujawniał wszelkie nieprawidłowości na wysokich stołkach, tzw. „tłustych kotów” (cyt. za Januszem Palikotem). Prasa jest narzędziem społecznym, służącym obronie praw obywateli, a nie tubą propagandową wysoko postawionych urzędników. W tym przypadku władz Spółdzielni Mieszkaniowej w Stargardzie Szczecińskim.
T.D, B.S.
Opinie czytelników




13-12-2011
Wynajeci adwokaci za pieniadze spoldzielni czy wlasne?? ,,,