
Sport 20.12.2011
Jan Szydłowski o historii Błękitnych Stargard
Jan Szydłowski to legenda Błękitnych Stargard. Jest wychowankiem tego klubu, a obecnie trenerem drugiego zespołu. Jak mało kto, zna historię Błękitnych. "Dziennikowi" opowiada o swojej pracy trenera, karierze piłkarskiej oraz o latach świetności "Dumy Stargardu".
- Od 1985 roku pracuje pan jako trener w Błękitnych Stargard. Z pewnością jest to praca, której nie zamieniłby pan na żadną inną.
- Oczywiście, daje mi ona dużo satysfakcji. Miło ogląda się zawodnika, który kiedyś grał u mnie w drużynie, a obecnie występuje na przykład w Bundeslidze albo został powołany do reprezentacji Polski. Sprawia mi to samą przyjemność.
- Jak wyglądał stadion, kiedy rozpoczynał pan pracę w Błękitnych?
- Nie ma porównania do dzisiejszego. Kiedy ja rozpoczynałem grę, to zamiast trybun, z boku była mała trybunka. Nie było budynku, pryszniców ani zaplecza. Stał barak, który wyglądał jak wodopój dla konia. Było tam kilka kranów i tam się myliśmy.
- Jak zmieniła się piłka od tamtego czasu?
- Piłka nożna rozwija się. Kiedyś ważniejsza była technika, a teraz szybkość, dynamika. Futbol cały czas idzie do przodu.
- Poprowadził pan rocznik 1989 w Pucharze Nike i zajęliście drugie miejsce. Co może pan powiedzieć na temat tego turnieju?
- Były to nieoficjalne mistrzostwa Polski 14-latków, na które pojechaliśmy w nagrodę za zajęcie pierwszego miejsca w lidze. Na tym turnieju był Dariusz Dziekanowski, który obserwował zawodników i w ostateczności powołał trzech chłopców od nas do kadry narodowej.
- Kto wówczas został powołany?
- Piotrek Głąb, Tomek Romanowski i Wojtek Figiel.
- Obecnie Tomek Romanowski walczy w MMA. Jakim był zawodnikiem?
- Tomek był wszechstronnym zawodnikiem. Lewa noga, prawa, gra głową na wysokim poziomie. To był zawodnik, który mógł sam wygrać mecz. Potrafił wrócić się na swoją połowę, odebrać piłkę, przedryblować wszystkich na boisku i strzelić bramkę. Był moim najlepszym zawodnikiem. Zapowiadał się na bardzo dobrego piłkarza, tylko nie dbał o siebie i w końcu zmienił dyscyplinę.
- W 2003 roku w Błękitnych Stargard grał obecny reprezentant Polski Jakub Wawrzyniak i bramkarz Lecha Poznań Krzysztof Kotorowski. Co może pan powiedzieć na temat ich gry?
- Na pewno byli wyróżniającymi się zawodnikami. Obserwowało się ich grę i widać było duże zaangażowanie z ich strony. Ale były takie czasy, że klub wytrzymał finansowo tylko pół roku, no i niestety musieli odejść.
- Przejdźmy teraz do pańskiej kariery zawodniczej. Czy Błękitni Stargard to jedyny klub, w którym pan grał?
- W czasie służby wojskowej byłem w Choszcznie i grałem w tamtejszym Grunwaldzie (1973-1975). A tak, od 1969 w Błękitnych gram i jako czynny zawodnik grałem do 1986 roku.
- Jest pan strzelcem pierwszego gola dla Błękitnych. Jakie było uczucie zdobyć tę bramkę?
- Wspaniałe, do tej pory czuję ciężar kolegów, którzy na mnie leżeli. W tym meczu grałem na pozycji pomocnika.
- Jak wyglądała akcja tuż przed strzeloną bramką?
- Dostałem piłkę z lewej strony od Bartosika, podprowadziłem ją z lewej do prawej strony, zwiodłem dwóch obrońców, miałem sytuację sam na sam z bramkarzem, zrobiłem zwód w prawo i piłkę umieściłem w krótkim rogu bramki.
- Kto był wówczas pana trenerem?
- Pan Jan Kępa - był to trener z doświadczeniem. Trzeba było ciężko trenować - nie to, co teraz - bo aż dwa razy dziennie. Dobrze wspominam współpracę z tym szkoleniowcem.
- Jakie są pana szczególne osiągnięcia jako zawodnika?
- Grałem w reprezentacji Polski. Było to tak, że Błękitni w 1985 roku reprezentowali Polskę w eliminacjach do Mistrzostw Europy Kolejarzy. Rozegraliśmy dwa mecze - ze Szwajcarią i RFN. Uzyskaliśmy wtedy awans, ale na finały pojechała ostatecznie Polonia Warszawa. Niestety takie to były czasy i nic nie można było w tej sprawie zrobić. Jednak uważam nasz wynik za duże osiągnięcie.
- Kto według pana był najlepszym trenerem w historii Błękitnych?
- Bardzo dobrze wspominam trenera Juchę. Był to bardzo dobry fachowiec, miał swoje określone zasady. Był solidny, sumienny, obowiązkowy. Prowadził dyscyplinę "kto pracuje, ten gra" oraz był bardzo wymagający. Najbardziej go cenię i myślę, że był najlepszym trenerem.
- Czego pan najbardziej nie lubi w polskiej piłce nożnej?
- Niektórzy nad wyrost czują się gwiazdami. U nas chyba za bardzo finanse poszły w górę i nieraz trafia się zawodnik, który dobrze nie pogra, a już chciałby nie wiadomo ile zarabiać. Powinno wymagać się więcej od zawodników i wprowadzać troszeczkę więcej dyscypliny.
Rozmawiał Adrian Stateczny
Opinie czytelników




22-12-2011
Wieczna III liga.