
Gospodarka/Polityka 23.12.2011
Stachowiak: Jaruzelski kłamie
Trzydzieści lat temu w Stargardzie skończyło się coś ważnego. Skończyło lub raczej zatrzymało. Gdy ogłoszono stan wojenny 13 grudnia 1981 roku, większość miejscowych solidarnościowców załamała ręce. Stargard, podobnie jak reszta kraju z wyłączeniem władz PZPR, powoli szykował się na demokratyzację. Wystąpienie generała Jaruzelskiego przetrąciło kręgosłupy wielu stargardzkim działaczom. Byli natomiast tacy, którzy mimo ośmioletniej przerwy, nie zaprzestali oczyszczania struktur państwa z komunistycznej zawiesiny.
- Ranek 13 grudnia nie zastał mnie w Stargardzie Szczecińskim. Był okres przedświąteczny, postanowiłem wykorzystać okazję, odwiedzając siostrę w Sownie - wspomina Waldemar Gil, obecnie starosta stargardzki, niegdyś przewodniczący komisji zakładowej „Solidarność” i szef podregionu związku. - Dostałem wiadomość, że coś się wydarzyło. Chwilę później nie działały już telefony. Nazajutrz teść przywiózł mnie do Stargardu i dopiero następnego dnia, w poniedziałek tak naprawdę zaczął się „mój” stan wojenny.
Waldemar Gil pracował wtedy w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego, który obok Luxpolu, Społem i kilku innych był jednym z największych przedsiębiorstw produkcyjnych w mieście. To właśnie w tych miejscach powstały pierwsze Międzyzakładowe Komitety Strajkowe, które później przekształciły się w Komisje Zakładowe. W samym ZNTK pracowało wówczas blisko 2 tysiące osób.
Ryba psuje się od głowy
Zakład, podobnie jak inne tego typu instytucje, kierowany był przez przedstawicieli partii komunistycznej. Niegospodarność i zła polityka pracownicza była jednym z bezpośrednich przyczyn ewolucji związków zawodowych w Stargardzie. Na tym gruncie przedstawiciele „Solidarności” planowali pierwsze zmiany ustrojowe.
- Przez cały rok szkoliliśmy się w negocjacjach z ministrami i wysoko postawionymi działaczami. To była dla nas prawdziwa lekcja demokracji. Pierwszą ze zmian miało być doprowadzenie do otwartego konkursu na dyrektora zakładu, w którym decydowaliby ludzie, a nie przedstawiciele partii - mówi Waldemar Gil. - W dalszej kolejności mieliśmy wykształcić w miejscach pracy struktury samorządowe związków, tak aby wyrwać władzę nad nimi z rąk PZPR.
- Ogłoszenie stanu wojennego przerwało te starania - dodaje Józef Stachowiak, wówczas aktywny działacz związkowy. - Byliśmy gotowi do zmian i mogliśmy zrobić to, co miało miejsce w 1989 roku, tylko o wiele wcześniej. Jaruzelski kłamie w żywe oczy, wcale nie chodziło mu o ochronę interesów narodu, lecz struktur PZPR.
Stan wojenny czy wyjątkowy?
Dzień przed tymi wydarzeniami stargardzcy związkowcy spotkali się w jednym z pomieszczeń szpitala, aby omówić instrukcje na wypadek - jak to wtedy określali - „stanu wyjątkowego”. Nikt nie spodziewał się, że następnego dnia będą musieli wcielić ten plan działania w życie. - Patrzyłem w telewizor i nie wierzyłem własnym oczom. Zupełnie nie wiedziałem, o czym mówi generał Jaruzelski i co się dzieje - wspomina Józef Stachowiak.
Instrukcje związkowców zakładały realizację strajku biernego czy raczej pasywnego, polegającego przede wszystkim na zaprzestaniu pracy. W Stargardzie, w przeciwieństwie do stolicy, stan wojenny nie jest utożsamiany z czołgami i krwawą walką, choć istniała realna groźba utraty życia w przypadku niepodporządkowania się rozkazom oficerów przejmujących stery w zakładach pracy.
- Cały poniedziałek spędziłem na rozmowach z pracownikami. W tym czasie oficerowie bezpieki wkraczali do wszystkich pomieszczeń - mówi Waldemar Gil. - Jakoś udało mi się zachować swoje stanowisko pracy. Innych spotkały liczne represje.
Represje i prześladowania
Po ogłoszeniu stanu wojennego doszło do masowych zatrzymań opozycjonistów, także w naszym mieście. Tysiące osób internowano, część więcej niż raz. Ich los podzielił m.in. Grzegorz Olejnik, członek prezydium Międzyzakładowej Komisji Koordynacyjnej. Wielu działaczy straciło w ten sposób chęć i możliwość dalszej walki o demokratyzację Polski.
Tamtego dnia członkowie „Solidarności” byli przekonani, że władza w swej sile zablokowała im drogę do zmian na 10, a nawet 15 lat. Jak się później okazało, szacunki te były nieco zawyżone. - Przez decyzję Jaruzelskiego Polska straciła 8 długich lat - mówią związkowcy, dodając że wydarzenia z grudnia 1981 roku odbiły piętno nie tylko na losach poszczególnych działaczy, lecz również na gospodarce kraju, która nie była w najlepszej kondycji. Ich zdaniem, to właśnie 30 lat temu był najlepszy moment do przeprowadzenia fizycznych zmian w funkcjonowaniu państwa.
Lista życzeń mieszkańców
Nieco wcześniej prężnie działały Komitety Zakładowe, mające na celu wprowadzenie licznych usprawnień, także tych dyktowanych przez codzienne sprawy. W siedzibie komitetu, w salce pływalni Ośrodka Sportu i Rekreacji powstało blisko 50 postulatów zgłoszonych przez społeczeństwo Stargardu i załogi zakładów pracy. Wśród nich znalazły się m.in. żądania: wybudowania hali sportowej, dworca PKS, zapobieżenie przelotów samolotów wojskowych nad miastem czy poprawa sytuacji mieszkaniowej.
- Stargard nie był miastem wielkiego zarzewia buntu, ale to w żaden sposób nie umniejsza roli struktur związkowych, które aktywnie uczestniczyły w przemianach społecznych i mentalnych - mówi zastępca dyrektora stargardzkiego Muzeum, kustosz Jolanta Aniszewska, wskazując jednocześnie najważniejsze postaci tamtego okresu. - Byli to niewątpliwie: Waldemar Gil, Józef Stachowiak, Grzegorz Olejnik, Andrzej Strakszys, Andrzej Kwaśny, Marian Głuch i wielu innych.
Bartosz Stós
Opinie czytelników



