
Wydarzenia 05.01.2012
Normalne życie towarem pożądanym
Przez pierwsze kilka miesięcy nie chcieli wychodzić ze swoich pokojów. W przerwie świąteczno-noworocznej często śpią do 10, a nawet dłużej. Trzeba ich wyganiać z łóżek. Czas mija powoli, trochę leniwie. Dwunastka „wybrańców” nareszcie śpi spokojnie. Od ponad roku sprawdzają się jako rodzina. Czy udało im się ją stworzyć?
Marcin, Michał, Ewa mała, Adam, Wojtek, Ola, Ewa duża, Sebastian, Helena, Marek, Michał, Grześ - to wychowankowie Domu Dziecka nr 2 w Stargardzie, którzy zamieszkali razem na 200 metrach, oddanych przez TBS. Zostali przeniesieni ze Staszica na osiedle Chopina, gdzie stworzono dla nich specjalne, rodzinkowe mieszkanie. Zostaną w nim do pełnoletności lub tak długo, dopóki będą się uczyć. Większość z nich to rodzeństwa. Największe to piątka dzieci.
Starostwo działa
Rodzinkowe mieszkania to reakcja na nowe przepisy. Z dniem 1 stycznia weszła w życie ustawa o nowych zasadach funkcjonowania domów dziecka. Placówki mają przekształcać się w mniejsze, biorąc pod opiekę maksymalnie 14 dzieci. Odchodzi się od typowych molochów. Nie będzie już zatłoczonych pokojów, stołówki na kilkadziesiąt osób i walki o swoje miejsce w grupie. Zamiast tego - mieszkanie w bloku, wspólne gotowanie, pokój dzielony z rodzeństwem.
- Celem jest stworzenie wychowankom domu dziecka warunków i klimatu życia domowego oraz przygotowanie ich do samodzielności po opuszczeniu placówki. Najlepsze efekty tego założenia można osiągnąć poprzez tworzenie jak najmniejszych grup wychowawczych. Mieszkanie w systemie rodzinkowym taką możliwość stwarza - zapewnia starosta Waldemar Gil.
Obowiązki i przywileje
Dziećmi zajmuje się ośmioro wychowawców. Pracują po dwie osoby, na trzy zmiany, więc całą dobę ktoś jest. Robią to, co zazwyczaj robią rodzice w normalnym domu - sprzątają, gotują, odrabiają z dziećmi lekcje, organizują czas. Dzieci mają dyżury na sprzątanie. Co tydzień wychowawcy przydzielają im inne pomieszczenie, o które muszą zadbać.
- Sami chcą dbać o mieszkanie, bo wiedzą, że to ich własny kąt. Zmywają po sobie naczynia, a szczególnie dziewczyny dużo pomagają - mówi pani Andżelika Zielińska, koordynator pracy wychowawców. Zajmuje się ona m.in. ustalaniem grafików.
W ciągu tygodnia, kiedy dzieci chodzą do szkoły, mniej więcej od godziny 16 do 19 jest wyznaczony czas na naukę, odrabianie lekcji. Po południu mogą też wyjść na dwór. Każde wyjście z domu jest odnotowane przez wychowawcę
- Muszą się pytać nas, tak jak rodziców, a my jesteśmy za nich odpowiedzialni. Zapisujemy godziny, w jakich dziecko wyszło z domu - mówi pani Andżelika.
Dzieci co miesiąc dostają kieszonkowe od placówki. Drobne sumy są uzależnione od wieku. Te zaczynające szkołę, od 5 lat do trzeciej klasy szkoły podstawowej, mogą liczyć na 15 zł, uczniowie klas IV-VI otrzymują 25 zł, a starsze 35 zł. Mają więc możliwość sprawdzenia się w gospodarowaniu pieniędzmi.
Wyposażenie i warunki
Rodzinkowe mieszkanie przy ulicy Szymanowskiego mieści się w dawnym internacie. W bloku przeznaczono na ten cel trzy mieszkania, TBS połączył je w jedno wielkie, razem to ponad 200 metrów. W mieszkaniu mieszczą się 4 pokoje dwuosobowe i jeden czteroosobowy, w którym mieszkają bracia. W każdym pokoju dzieci mają podstawowe wyposażenie, oprócz tego komputery. Pokoje są skromne, ale ładnie urządzone. Dzieci są zadowolone. W końcu nie muszą mieszkać w wielkich, kilkunastoosobowych pomieszczeniach. Oprócz tego, do dyspozycji dzieci jest duży salon z telewizorem, komputer w salonie, jadalnia z przestronną kuchnią, 3 łazienki, pomieszczenie gospodarcze, pralnia. Nastrój świąteczny przypomina przystrojona przez dzieci choinka między kuchnią a jadalnią.
Stereotypy z zewnątrz
Dzieci, które trafiają do domu dziecka, są najczęściej zaniedbane zdrowotnie. Często zdarza się, że mają później problemy w szkole i w kontaktach z innymi ludźmi.
- Jeśli dzieci trafiają do nas w wieku do 3 lat, to później nie mają wielkich problemów w szkole - mówi pani Andżelika Zielińska. - Wyrastają na normalnych nastolatków, a potem nawet kończą studia. Nie jest tak, że dzieci z placówki nie są wykształcone ze względu na wychowanie w tym miejscu, lecz z powodu zaniedbań ze strony rodziców, z którymi już do nas przyszły. Ciężej pracuje się z dziećmi już „ukształtowanymi” przez patologiczne rodziny - mówi wychowawczyni.
Poważne zaniedbania prowadzą do upośledzeń. Jest kilkoro dzieci z upośledzeniem lekkim, ale zdarzają się też cięższe przypadki. Jednym z takich dzieci jest 11-letni Michałek.
Tacy są naprawdę
Najmłodszy, 6-letni Marcinek zdaje się być ulubieńcem reszty dzieci. Ma czworo rodzeństwa - jest to największa grupa wśród wychowanków. Jego siostra Ewa ma 11 lat, wołają na nią „mała”. Starsza Ewa ma 14 lat - to Ewa „duża”. Zmaga się właśnie z poważną chorobą. Niepełnosprawny, 11-letni Michał zostaje tutaj tylko do 3 stycznia, później wraca na Staszica. Wszyscy już zdążyli się zaangażować w specyficzny kontakt z nim i ćwiczenia. Porusza się przy pomocy chodzika, jest pod stałą rehabilitacją. Dzieci cieszą się razem z nim, gdy udaje mu się przejść kilka metrów o własnych nogach.
Dzień 30 grudnia mija leniwie - na grze w Monopol, pompowaniu balonów na sylwestra i oglądaniu telewizji. Niektórzy korzystają z komputera w salonie - tylko tutaj jest internet, nie obejdzie się bez zajrzenia na Facebooka. O 14 przyjeżdża obiad, ale nie ma zbyt wielu zainteresowanych. Większość siedzi w swoich pokojach. Wyłaniają się pojedyncze „przypadki”, zjadające jedno danie. Wychowawczyni nie zmusza nikogo. Domyśla się, że chwilę wcześniej otwarte zostały po kryjomu ciastka i inne smakołyki.
Nie sposób nie kochać
W tym dniu, po otwarciu domku w Witkowie, odwiedziła ich dyrektor, pani Beata Ślęzak. Gdy weszła w towarzystwie dwóch pracownic, faktycznie nie sposób było odróżnić, kto jest na najwyższym stanowisku. Wszystkie panie zaczęły witać dzieci jednakowo, a te spontanicznie się przytulały. Relacje dzieci z panią dyrektor są naturalne, nieskrępowane, zna ona doskonale ich potrzeby, a dzieci to wyczuwają.
- To nie praca, tylko służba na rzecz tych dzieci - mówi pani Elżbieta Zarzycka, pracownik socjalny. - Traktujemy je jak własne dzieci, a najlepiej widać to po ich kontaktach z panią dyrektor. Proszę tylko spojrzeć, jak ona je traktuje. Poświęca im tyle czasu, że niedługo chyba zacznie tu nocować - śmieje się.
W tym czasie pani dyrektor wtrąca: - Ela, jest dużo osób, które są zaangażowane. Nie tylko ja.
Domowe rewolucje
W tej chwili w Domu Dziecka nr 2 przy ulicy Staszica zostało niewiele dzieci. 30 grudnia został otwarty rodzinkowy dom w Witkowie, gdzie zamieszkały najmłodsze dzieci. Niepełnosprawny Michał czeka na swoje miejsce na Piłsudskiego. Mieszkanie będzie gotowe już za kilka, kilkanaście dni. Wszystkie dzieci zostały już przypisane do poszczególnych domów. Oprócz tego, na otwarcie czeka jeszcze mieszkanie przy ulicy Mickiewicza.
Opinie czytelników



